I Diana
Wrzesień.
Nim strażakom udało się ugasić pożar w winnicy, na miejscu pojawiło się mnóstwo ciekawskich gapiów. Kompletnie bezradna, unieruchomiona w szpitalnym łóżku mogłam jedynie śledzić z mamą newsy, które ludzie wrzucali na internet. Zdjęcia z płonącej winnicy, krótkie filmiki z ko-mentarzami, których w tamtej chwili wolałabym nie usłyszeć. Na palcach jednej ręki mogłam policzyć głosy współczucia, reszta kpiła z naszego nieszczęścia. Padło nawet zdanie, że teraz to dopiero poczujemy, czym jest prawdziwa praca.
Mama zaciskała usta w coraz węższą linię. Wargi tak jej pobladły, że zaczęłam się zastanawiać, czy zaraz nie zemdleje, ale ona nie słabła. Wprost przeciwnie. Nabierała coraz więcej sił do walki, która miała czekać naszą rodzinę po tym wszystkim.
– Na szczęście nikt nie podszedł na tyle blisko, by fotografować rodziców – odparła z wyczuwalną ulgą w głosie.
Pomyślałam, że sama nie chciałabym, żeby w takiej chwili ktoś natarczywie próbował złapać na zdjęciu moją rozpacz i wrzucił do sieci z do-piskiem „Diana Winnicka patrzy, jak płonie jej majątek. Czy straciła wszystko?”.
Zrobiło mi się niedobrze. Zamknęłam oczy, by jakoś odciąć się od wszystkiego, co działo się wokół, aż w końcu ktoś zadzwonił do matki i wyszła, zostawiając mnie samą z własnymi myślami.
Ile strawił ogień?
Czy spłonęły wszystkie pola?
Co z budynkami, w których produkowaliśmy wino?
A magazyny?
Co z dworkiem?!
Brakowało mi telefonu. Chciałam zadzwonić do Miłosza, choć pewnie nie odebrałby, zajęty pomocą przy pożarze, ale i tak moja komórka była rozładowana. Szczęście, że wystarczyło baterii, żeby zadzwonić po pomoc.
Teraz, po kilku tygodniach, gdy po wypadku zostało mi jedynie kilka szwów, wspominałam te chwile grozy jak kiepski żart. Miałam wrażenie, że część obrazów zatarła się lub też świadomie wyrzuciłam je z pamięci. I tylko jeden, jedyny moment pozostawał żywy i tak samo bolesny. Krzyk Miłosza, gdy Tobiasz odciągnął go od Klary. Dlatego zdecydowałam się pójść do szpitala. Nie raz i nie dwa, bo Klara była tak osłabiona po operacji, że jej rodzice za każdym razem mnie wypraszali, ale w końcu trafiłam na moment, w którym nie stali na straży jej spokoju i wy-korzystałam go najlepiej, jak umiałam. To był pierwszy i najważniejszy punkt na liście „do zrobienia”, którą stworzyłam sobie po wypadku.
- Klara i Miłosz
- Szczepan
- Laura
- Gracjan… ten sk….*
- Winnica
Tak jak się spodziewałam… Klara po rozmowie z Laurą nawet nie chciała słyszeć o Miłoszu. Dopiero gdy powiedziałam jej, co działo się po wypadku, reanimacji i jak zachowywał się w izbie przyjęć, trochę zmiękła. Oczywiście dodałam swoje trzy grosze. Nie mogłam oprzeć się pokusie, by nie skrytykować jego zachowania i tej gry na dwa fronty, nie wspominając już o sytuacji sprzed dwóch lat, kiedy to romansował za jej plecami. No tego zdecydowanie nie mogłam mu odpuścić. Zachowywał się jak własny ojciec…
Słowem nie wspomniałam kuzynowi, jak dzielnie ratowałam jego związek, w który tak mocno wcześniej wątpiłam. Gdy zawiózł mnie do Szcze-pana, z satysfakcją przyglądałam się, jak z nerwów zaciskał dłonie na kierownicy. Za to, co zrobił, chciałam potrzymać go w niepewności do ostatniej chwili.
Co do Szczepana… Jeszcze nie wiedziałam, jak wprowadzić go do dworku. Nie zastanawiałam się nawet czy to, aby na pewno dobry pomysł. Po Gracjanie chciałam być ostrożna, a jednak znów jak ślepa rzuciłam się w ten ogień, licząc na to, że mnie nie pochłonie. Nie wypali. Nie zniszczy.
I choć po tamtym pocałunku wracałam do domu lekko chwiejnym krokiem jak po dobrej imprezie, to czułam się lekko… na tyle lekko, by podjąć jedną z drastyczniejszych decyzji w swoim życiu.
Na pewien czas musiałam zostać w winnicy.
I choć po tamtym pocałunku wracałam do domu lekko chwiejnym krokiem jak po dobrej imprezie, to czułam się lekko… na tyle lekko, by podjąć jedną z drastyczniejszych decyzji w swoim życiu.
Na pewien czas musiałam zostać w winnicy.