II Katarzyna
Wrzesień.
Siedziałam w fotelu zwróconym w stronę okien, które wychodziły na ogród. Nie pamiętałam, bym kiedykolwiek zachwycała się jego widokiem, ale tego dnia czułam niepohamowaną ochotę, by to zrobić. Pożar nie dotarł do ogrodów, ale mógł. Gdyby nie strażacy, którzy natychmiast byli na miejscu, ogień strawiłby dużo więcej. Mogliśmy stracić wszystko… Rozsunęłam więc szeroko firanki, otworzyłam okno na oścież i ustawiłam fotel tak, by widzieć, jak najwięcej kwiecistego zakątka matki.
Emilia nigdy nie uczestniczyła w zebraniach zarządu winnicy, nie wyrażała swoich opinii dotyczących zmian, zakupy sprzętów czy zatrudnienia pracowników. Wielokrotnie twierdziła, że Antoni najlepiej wie, co jest dobre dla dworku i winnicy i usuwała się w cień, by właśnie w zaciszu ogrodu stawiać karty, snuć domysły, czytać z gwiazd i robić to wszystko, czego naprawdę nie mogłam pojąć.
Zawsze uważałam, że zainteresowania matki były niezdrowe i co najmniej dziwne i spodziewałam się, że w przyszłości doprowadzą do katastrofy. Nie pomyślałam jednak, że Emilia może posunąć się do tego, by całkowicie zniknąć z życia swojej rodziny i milczeć, pozwalając nam zatracać się w smutku i żalu, gdy sądziliśmy, że zaginęła.
Pożar winnicy zamknął pewien etap, jednocześnie otwierając nowe drzwi, za które bałam się jeszcze zaglądać. Tak naprawdę moje życie stanęło właśnie na przysłowiowej głowie i nie wiedziałam, co powinnam z nim zrobić.
Artur mnie zdradzał i pewnym było, że jego noga więcej w tym domu nie postanie.
Dorota. To zabolało chyba mocniej niż zdrada męża. Fakt, że to ona za tym stała, że go uwiodła… aż niedobrze mi się robiło, gdy o tym myślałam. Moja najlepsza przyjaciółka, której wielokrotnie zwierzałam się z problemów. Która została matką chrzestną mojej najstarszej córki…
Otrząsnęłam się, skupiając wzrok na białych różach. Po pierwszej fali wściekłości przyszedł ból i rozczarowanie. Rozczarowanie życiem i włas-nymi wyborami. Pierwszy raz od wielu lat byłam gotowa przyznać rację matce, która jeszcze przed ślubem z Arturem ostrzegała mnie przed tym krokiem, ale wtedy nie chciałam jej słuchać. Byłam młoda, zakochana i gotowa na wszystko.
Pukanie do drzwi wyrwało mnie rozmyślań. Zaskoczona wyprostowałam się w fotelu.
– Proszę… – odparłam, spoglądając za siebie.
– Nie znalazłam cię w biurze…
Rozpoznałam głos Emilii i wstałam. Jak na komendę.
Matka zmierzyła mnie zdziwionym spojrzeniem i weszła do salonu. Przez lata wyuczyłam się pewnych schematów. Jeśli tylko zaglądała i spraw-dzała, co robię, drzwi pozostawały uchylone. Jeśli czekała nas rozmowa, dyskusja, jeśli oczekiwała wyjaśnień… zawsze przymykała drzwi, po czym przystawała na środku pokoju z dłońmi skrzyżowanymi na piersi. Tym razem zajęła miejsce w wolnym fotelu, a ja nie wiedziałam, co powinnam ze sobą zrobić.
– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – powiedziała, uśmiechając się delikatnie w ten charakterystyczny sposób. Jednak chciała rozmawiać. Usiadłam więc na swoim miejscu.
– Nie, nie… – Pokręciłam głową, choć wolałabym zostać sama.
Nie czułam się komfortowo w jej towarzystwie, zwłaszcza po tym, jak zniknęła, zostawiając nas wszystkich w nieświadomości i strachu. I choć wyjaśniła, dlaczego tak postąpiła, to ja wciąż zastanawiałam się, czy to naprawdę było konieczne. I czy cokolwiek mogło zmienić…
Matka, choć wciąż wyglądała tak samo, jak przed tym drastycznym krokiem, na który się zdecydowała, wydawała się dziwne obca, jakby ta sytuacja wpłynęła również na nią. Zastanawiałam się, jak się czuje i co myśli. Czy po powrocie do dworku odetchnęła z ulgą, czy może wprost przeciwnie, poczuła dziwne napięcie, jakby przekraczała próg zupełnie obcego domu.
– Dlaczego to zrobiłaś, mamo? – zapytałam, nim ugryzłam się w język. By ukryć nagłe zmieszanie, potarłam dłońmi podłokietniki fotela. – Nie rozumiem, dlaczego zniknęłaś, bez żadnej wiadomości.
– Gdybyście wiedzieli, gdzie jestem, życie żadnego z was by się nie zmieniło – wyjaśniła ze spokojem. Rozejrzała się przy tym po salonie, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu.
– Wiem, co chciałaś osiągnąć – przerwałam jej ostro. – Nie rozumiem, jak mogłaś w tym trwać. Widziałaś przecież nasze apele w telewizji.
Emilia znów się uśmiechnęła.
– To była nagła decyzja. Po prostu poczułam, że muszę to zrobić. Pewna osoba zapytała mnie, czy jestem szczęśliwa. A ja zaczęłam się zastanawiać, czy szczęśliwa jest moja rodzina. – Przeniosła na mnie uważne spojrzenie, pod którego wpływem moje zdenerwowanie zelżało. – Dokonałam w swoim życiu wielu wyborów. Każda decyzja niosła za sobą konsekwencje. To, jakimi jesteście ludźmi, jak poukładaliście swoje dotychczasowe życie, jest tylko pokłosiem moich kroków. Czy czułaś się kochana? – zapytała, gdy już otwierałam usta, by zaprotestować i wyjaśnić jej, że całe moje życie to tylko moje decyzje. Zaskoczyła mnie tym pytaniem do tego stopnia, że zamilkłam, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
– Czego oczekujesz, mamo? – wydusiłam po krótkiej chwili milczenia.
– Prawdy. Teraz, po tym wszystkim, chcę już tylko prawdy…
– Prawdy? – Roześmiałam się. – Powiedz mi… jak mogłaś ukrywać przez całe życie, że prawdziwym ojcem Kazimierza jest… – urwałam. Imię wuja nie mogło mi przejść przez gardło.
Stanisław wyjechał kilka dni po pożarze. Nie zdążył spotkać się z Dianą, nie dowiedziałam się również, że poznaliśmy prawdę. Nurtowało mnie, czy i on ją znał? Czy był świadomy, że jego syna wychowywał jego brat?
– Jak mogłaś zrobić to ojcu? – wyszeptałam jeszcze, hamując łzy.
– To była właśnie jedna z tych decyzji, której konsekwencje odczuwacie wy. – Emilia nie odwróciła wzroku. Wciąż tprzyglądała mi się tymi samymi przepełnionymi siłą oczami, jakby chciała wywrzeć na mnie presję, bym jej wybaczyła.
– On cię tak kochał! – Chciałam to wykrzyczeć, ale głos się zdusił.
– Wciąż mnie kocha – poprawiła mnie. – A ja kocham jego. Byłam młoda i… – zawahała się. – I głupia. Nie doceniałam tego, co przyniósł mi los, ale człowiek popełnia w życiu błędy, bo jest niedoskonały. Gdybyśmy byli nieomylni, świat byłby znacznie piękniejszy. Nie przyszłam tutaj rozmawiać o mnie. Na to przyjdzie jeszcze czas… Chciałam zapytać, jak mogę ci pomóc?
– Mnie? Pomóc? – Aż się wzdrygnęłam. – Poradzę sobie z własnym mężem.
– Nie mówię o Arturze.
Zrozumiałam, że matka wiedziała. Doskonale wiedziała o skrywanych za zasłonami butelkach po winie. O tych pustych szkłach, które znosiłam do piwnic i ukrywałam wśród innych, pokrytych już kurzem flakonów.
– Poradzę sobie – syknęłam, bezwolnie zaciskając palce w pięści.
Skinęła głową na znak zrozumienia, choć ja byłam pewna, że tak łatwo mi nie odpuści. Odwróciła wzrok i wyjrzała przez okno na ogród.
– Jest piękny, prawda?
– Jest – przyznałam, chyba po raz pierwszy w życiu.
Przez kolejne przeciągające się minuty milczałyśmy, wpatrując się w krzewy róż i choć Emilia nie zapytała ponownie, ja sama odpowiedziałam sobie na pytanie, które zadała mi wcześniej.
Nigdy nie czułam się kochana, mamo. Nigdy.