IV Emilia
Wrzesień.
Gdy wsiadłam do autobusu po spotkaniu z Laurą, dziennikarką, która za wszelką cenę próbowała podejść mnie pytaniami, by wyciągnąć ciekawe rodzinne smaczki do swojego artykułu, zrozumiałam, że moja rodzina ponosi konsekwencje moich decyzji i wyborów, które podejmowałam zbyt impulsywnie i nieprzemyślanie. Zaślepiona zdradliwym uczuciem, krok po kroku niszczyłam tę już i tak ledwo tlącą się miłość i prawie doprowadziłam do jej zniszczenia.
Antoniego poznałam latem, gdy spacerując z Luizą po parku, zatrzymałyśmy się, by nakarmić kaczki. Wiedziałam, że mama nie będzie zadowolona, że znów się spóźniamy ze sprawunkami, ale było tak przyjemnie ciepło, że aż żal było wracać. Oczywiście znałam rodzinę Winnickich. Znał ją każdy w Szczepówce. Ich winnica rozsławiła nasze miasteczko na całą Polskę. Oszczędzona przez wojnę przynosiła cudowne owoce. Henryk i Anna byli częstymi gośćmi w restauracji przy rynku. Wielokrotnie widywałam ich również spacerujących parkowymi alejkami. Byli otwarci, uśmiechnięci i zadowoleni. Czasami wyobrażałam sobie, jakby to było, znaleźć się na jeden dzień na ich miejscu. Móc osłonić się koronkową parasolką Anny Winnnickiej i wsunąć rękę pod silne ramię męża. Roztaczać promienny uśmiech, wypić herbatę w różanym ogrodzie i zasypiać, wdychając zapach winogronowych krzewów.
– Uważaj! – krzyknęła Luiza, gdy podeszłam zbyt blisko brzegu jeziora.
– Spokojnie! – Roześmiałam się. – Przecież nie wpadnę…
– Nie będę się tłumaczyć rodzicom, że urządziłaś sobie kąpiel z kaczkami – mruknęła obruszona moją lekkomyślnością.
– Dziennikarze zaraz opisaliby ten beztroski wybryk na pierwszej stronie – wtrącił się męski, nieznany mi głos.
Odwróciłam się. Trochę zbyt gwałtownie, bo straciłam równowagę i musiałam uchwycić się drewnianej barierki, by nie zsunąć się do jeziora. Luiza zdusiła krzyk, przytykając dłonie do ust.
– Pomogę – zaoferował się nieznajomy, wyciągając do mnie rękę. W pierwszym momencie go nie rozpoznałam, bo zaaferowana własnymi nogami, które zapadły się w miękkiej ziemi, skupiłam się na tym, by jednak uniknąć kąpieli, ale gdy podniosłam wzrok z wdzięcznością, aż zaparło mi dech w piersiach. Antoni Winnicki właśnie wyciągał mnie z tarapatów.
– Dziękuje… – wydusiłam, oblewając się rumieńcem. Czułam, jak policzki zapiekły mnie nieprzyjemnie i szybko odwróciłam wzrok, by to ukryć.
– Zawsze musisz być taka nierozsądna! – skarciła mnie Luiza.
– Drogie panie… – Antoni uśmiechnął się szeroko, co trochę rozluźniło napiętą atmosferę. – Odrobina szaleństwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
– Musimy już iść. Zaraz matka będzie czekać na nas z obiadem. – Siostra pochwyciła kosz wypełniony zakupami i posłała mi wymowne spojrzenie.
– Mogę, chociaż wiedzieć kogo dziś uratowałem? – Antoni zwrócił się do mnie.
– Emilia. Emilia Wolska – odparłam z delikatnym uśmiechem, a on skłonił głowę w podzięce i odszedł, zostawiając za sobą przyjemny zapach perfum.
Oczywiście Luiza musiała wyrazić swoje niezadowolenie z powodu tego, że tak bez oporów wyjawiłam swoje nazwisko, ale jej uszczypliwości nie mogły w żaden sposób popsuć tego uczucia, które zaczęło mi od tamtego dnia towarzyszyć za każdym razem, gdy przemierzałam park. Rozglądałam się, niby to podziwiając przyrodę, a tak naprawdę poszukując wzrokiem Antoniego Winnickiego. I udało nam się spotkać. Nie raz, nie dwa. Wymieniliśmy uśmiechy, pozdrowienia, aż odważył się zaprosić mnie na wspólny spacer. Kilka tygodni później, poznałam Stanisława.
Mówią, że miłość nie wybiera, ale ja sądzę, że jest wprost przeciwnie. Ona, w wyjątkowo wyrafinowany sposób odszukuje swoje ofiary. Wyczuwa serca łaknące namiętności, tęskniące do intymności i bez żadnego ostrzeżenia się wprowadza. Zajmuje myśli, emocje i dusze sprawiając, że człowiek staje się całkowicie bezbronny.
Szczęście jest jak z okularami. Szukałam go całe życie, a nie dostrzegałam, że mam je pod samym nosem. Czasami trzeba coś stracić, by docenić, jak wiele miało się przez cały ten czas. Może gdybym wcześniej zrozumiała tę prostą i oczywistą prawdę, uniknęlibyśmy wielu nieprzyjemnych sytuacji, ale tak to już jest, że dokonujemy w życiu wyborów, kierując się tylko własnymi ambicjami i emocjami.
Swoje rozmyślania snułam w ogrodzie różanym. To było ukochane miejsce Anny, a teraz stało się moją oazą spokoju. Tu zaszywałam się, gdy potrzebowałam odetchnąć lub coś przemyśleć. Antoni szanował tę przestrzeń i to jak bardzo potrzebowałam mieć swoje miejsce. Widziałam kontem oka, że obserwuje mnie z balkonu, skryty za zasłonkami. Czuwał, bym znowu nie uciekła.
Jeszcze nie rozmawialiśmy o tym, co zrobiłam. Był cierpliwy i czekał, aż będę gotowa. Świetnie zdawał sobie sprawę, że będą to wyjątkowo bolesne chwile i najwyraźniej sam próbował odegnać je w czasie. Chciałam, by zrozumiał, ale jeszcze nie dziś. Byłam roztrzęsiona po rozmowie z Katarzyną i musiałam sobie wszystko poukładać. Mój wyjazd najwyraźniej pogłębił jej zagubienie i alkoholizm. Jeszcze nie pokazywała po sobie, jak bardzo boli ją zranione serce i zdrada przyjaciółki, ale ja dobrze wiedziałam, że prędzej czy później pęknie i mimo że na razie próbuje nie sięgać po kolejne butelki wina, w końcu to zrobi. I to będzie moment, w którym być może pozwoli sobie pomóc.
– Pani Emilio… przyjechała pani siostra – obwieściła kobieta, którą już od wielu, wielu lat zatrudniali do pomocy w prowadzeniu domu i kuchni. Wyjrzała niepewnie na ogród przez kuchenne okno i otarła ramieniem mokre od potu czoło.
– Cudownie. – Uśmiechnęłam się. – Zaproś ją do środka… Zaraz przyjdę.
Nie chciałam pokazać, że wizyta Luizy zaskoczyła mnie. Siostra nie uprzedziła mnie o swoim przyjeździe. Po tym, jak wyjechała bez słowa pożegnania, spodziewałam się nigdy więcej jej nie zobaczyć, ale jak widać, miała inne plany.
Wstałam z kanapy wypoczynkowej i machinalnie poprawiłam koszulę w pastelowe róże. Przed starszą siostrą musiałam się przecież należycie prezentować…