VII Emilia
Wrzesień.
Przyglądałam się siostrze z narastającą ciekawością. Nie zapowiedziała się, toteż nie mogłam się w żaden sposób przygotować na tę wizytę, ale podskórnie czułam, że Luiza przekaże mi coś naprawdę ważnego. Przez cały ten czas, gdy ukrywałam się u niej, by moja rodzina mogła zastanowić się nad tym, co tak naprawdę było najważniejsze w ich życiu, praktycznie nie rozmawiałyśmy. Tamtego dnia otworzyła przede mną drzwi mieszkania, a jej wzrok wyrażał tak wiele sprzecznych emocji, że zaczęłam się zastanawiać czy to był, aby na pewno dobry pomysł. Moje wyjaśnienia jej nie przekonały, uważała, że popełniam ogromny błąd, że krzywdzę najbliższych i nic nie osiągnę swoim kłamstwem. Zapytałam ją, czy moje dotychczasowe życie w kłamstwie kogokolwiek uszczęśliwiło i na to pytanie już nie uzyskałam żadnej odpowiedzi.
– Twoja rodzina zrozumiała? – zapytała w końcu, obejmując dłonią kwiecistą filiżankę, w której gosposia przygotowała nam herbatę.
– Trudno powiedzieć – przyznałam. – Od tamtego dnia, nie miałam okazji porozmawiać z nimi szczerze. Myślę, że to będzie wymagać czasu…
– Czas – prychnęła Luiza. – Przypominam ci, że masz siedemdziesiąt dwa lata i czas jest najcenniejszym podarkiem od losu, jakiego możesz oczekiwać.
– Kochana, chyba nie będziesz wypominać mi wieku – roześmiałam się, sięgając po ciasteczko. Domowy wypiek. Brakowało mi tego w gościnie u siostry. – W końcu jesteś starsza…
– Tak. No właśnie – odchrząknęła moja siostra i odwróciła wzrok. Od razu wyczułam, że chce mi o czymś powiedzieć i… nie pomyliłam się. – Chciałam cię poinformować, że… wychodzę za mąż.
W pierwszej chwili sądziłam, że się przesłyszałam, ale gdy podniosłam wzrok na Luizę, zrozumiałam, że powiedziała to z całkowitą powagą. Wyprostowałam się.
– Za mąż? – wydusiłam.
– Tak. Wystarczy tego panieńskiego, samotnego życia. Czas się ustatkować i uporządkować sprawy. Czas płynie…
– Ale… jesteś pewna? Kto to jest?
– Wyjątkowy mężczyzna. – Luiza uśmiechnęła się lekko na samo wspomnienie tajemniczego ukochanego. – Poznaliśmy się przypadkiem w kwiaciarni. Zamawiałam stroik na grób rodziców, on kupował kwiaty dla zmarłej żony.
– Romantycznie… – skwitowałam, nim ugryzłam się w język.
– Później spotkaliśmy się w piekarni. – Luiza wzruszyła ramionami jakby nie usłyszała mojej uwagi. – Poszliśmy na spacer. Tomasz. Tak ma na imię.
– Tomasz.
– Był lekarzem. Chirurgiem.
Opowiadała o nim z nieukrywaną fascynacją i pewnym rozmarzeniem. Im dłużej słuchałam jej opowieści, tym większe czułam rozgoryczenie i… zazdrość? Z trudem walczyłam z tymi nowymi emocjami, popijając herbatę, by jakoś ukryć niewspółpracującą ze mną mimikę twarzy.
– Tak długo mieszkaliśmy w jednym mieście, a dopiero teraz się poznaliśmy – westchnęła Luiza.
– Mówiłaś, że miał żonę. Gdybyście wcześniej się spotkali, to chyba nie byłoby wam pisane, by…
– Och! – przerwała mi surowo. – Nie wmawiaj mi, że małżeństwo chroni człowieka przed zdradą!
Zacisnęłam mocniej usta. Oczywiście musiała mi wbić szpilkę prosto w serce. Luiza świetnie zdawała sobie sprawę z tego, jak boleśnie wspominałam początku małżeństwa, gdy moje serce było rozdarte pomiędzy dwóch mężczyzn. Gdy nocami kochając się z Antonim, myślałam o Stanisławie…
– Kazimierz wie – wtrąciłam z wzrokiem wbitym w różaną broszkę siostry. – Ale wie również Diana. I Miłosz…
– Jak to się stało?
– Gdy wyjechałam, Diana znalazła mój dziennik. A później szkatułkę w piwnicy. I jakimś cudem klucz! – Pokręciłam głową. Wciąż jeszcze nie porozmawiałam z Dianą o tych wszystkich sekretach, które wpadły jej w ręce. Byłam jednak pełna podziwu za to, że nie pobiegła z tym od razu do mediów. – Jeśli ta wiadomość wycieknie do gazet… To może nas zniszczyć… – stwierdziłam szeptem.
– Ktoś jeszcze o tym wie?
– Mam nadzieję, że nie! – Aż przytknęłam dłonie do ust. Nawet nie chciałam sobie wyobrażać, że zdjęcia lub listy, które pisał do mnie Stanisław, mogłyby wpaść w obce ręce. – Mam nadzieję, że nie… – powtórzyłam, sięgając po filiżankę. Dłoń niebezpiecznie drżała. – Więc wychodzisz za mąż. – Szybko zmieniłam temat. – Kiedy?
– Za dwa tygodnie.
Zakrztusiłam się.
– Dwa… tygodnie?!
– Tak. Dokładnie.
– Po tym, jak uciekłaś z mojego ślubu i nie pojawiłaś się na weselu, oczekujesz ode mnie, że przyjadę i…
– Przyznam szczerze, że jadąc tutaj, wciąż nie byłam pewna, czy chcę cię zaprosić. Ale uznałam, że powinnaś wiedzieć i samodzielnie zdecydować, czy chcesz w tym uczestniczyć.
Luiza zawsze była do bólu szczera. Z nas dwóch to ją rodzice chwalili za opanowanie, mądre decyzje i chłodne podejście do wielu spraw, które ja chciałam rozwiązywać natychmiast. To też rozmowa, którą właśnie odbywałyśmy, wydała mi się nagle trudna i bolesna. I nie wiedzieć, dlaczego, ja czułam się jak dziecko, które jest właśnie karcone przez matkę.
– Pamiętam dobrze, że spędziłam ten dzień samotnie w domu, próbując uwierzyć, że naprawdę możesz być szczęśliwa. Ja wybrałam samotność, by nie zmuszać się do miłości, której nigdy nie byłabym w stanie z siebie wykrzesać.
– I na koniec swojego życia chcesz zachłysnąć się małżeństwem?! – Podniosłam głos, choć wcale tego nie chciałam.
– Chcę szczęścia. Jak każdy. – Luiza z opanowaniem pokiwała głową i wstała.
Ostrożnie zasunęła za sobą krzesło i rozprostowała garsonkę.
– Może zabiorę cię do wróżki i dowiesz się, czy droga, którą chcesz podążać, jest tą odpowiednią?
Wiedziałam, że to ją zaboli, ale nie mogłam się powstrzymać. Zazdrość wzięła górę nad rozsądkiem. Luiza uśmiechnęła się tylko, jakby zrozumiała moje intencje i wyszła z salonu, samotnie kierując się do wyjścia z dworku. Słyszałam jej kroki na schodach. Nie spieszyła się. Dręczyła mnie swoją obecnością i wizjami cudownej miłości.
Nie pamiętam, kiedy tak ciepło mówiłam o Antonim, ani nawet kiedy trzymaliśmy się za ręce, nie wspominając o wspólnych spacerach choćby po polach winnicy.